Przeniesiono mnie na inne stanowisko w pracy...
podobno każdy chciałby tam pracować, bo cała filozofia polega na klikaniu w klawiaturę - nie nadźwigam się, nie namęczę...
No, i cóż z tego, kiedy atmosfera jest po prostu nie do wytrzymania - taki wyścig szczurów, każdy chce zrobić więcej i lepiej niż inni...
Ale, jako że tytułuję się urodzoną optymistką, cieszę się, że w dobie tego osławionego kryzysu w ogóle mam jakąkoliek prace :)
Buziole kochani, zmykam na nocną zmianę:)
Afirmacja, Farizah :*
podobno każdy chciałby tam pracować, bo cała filozofia polega na klikaniu w klawiaturę - nie nadźwigam się, nie namęczę...
No, i cóż z tego, kiedy atmosfera jest po prostu nie do wytrzymania - taki wyścig szczurów, każdy chce zrobić więcej i lepiej niż inni...
Ale, jako że tytułuję się urodzoną optymistką, cieszę się, że w dobie tego osławionego kryzysu w ogóle mam jakąkoliek prace :)
Buziole kochani, zmykam na nocną zmianę:)
Afirmacja, Farizah :*
Tagi:
ehh
28.03.2010 o godz. 18:56
komentuj (2)
Możemy z siebie już się tylko śmiać;
Los nie rozpieszcza nas od lat.
Wczorajszej biedzie nową suknię dał,
Nadzieja przy nadziei trwa.
Naiwność taka, że aż miary brak,
Nagrodą była za nasz sen;
Do nieba schody i zwycięstwa znak,
A teraz z ran liżemy się.
Agresją w okna dyszy z przeciwka blok,
W podwórkach dalej rośnie strach...
Więzieniem marzeń wciąż pieniądze są;
Skrzydła rozwinąć - ale jak?...
ref.:
Zamykam oczy, widzę przestrzeń, co
W nieskończoności znika gdzieś;
Zamykam oczy, w myślach stawiam dom,
Pod słońcem tyle miejsca jest...
Sprzedajmy wszystko, co się sprzedać da -
Na bilet będzie i na chleb.
Niebieski pociąg niech wywiezie nas
Za osiem gór i osiem rzek.
Za horyzontem szczęście po ziemi mknie,
Za horyzontem tęcza lśni;
Będziemy w pościel białą zjeżdżać z niej
I kochać się jak jeszcze nikt...
Los nie rozpieszcza nas od lat.
Wczorajszej biedzie nową suknię dał,
Nadzieja przy nadziei trwa.
Naiwność taka, że aż miary brak,
Nagrodą była za nasz sen;
Do nieba schody i zwycięstwa znak,
A teraz z ran liżemy się.
Agresją w okna dyszy z przeciwka blok,
W podwórkach dalej rośnie strach...
Więzieniem marzeń wciąż pieniądze są;
Skrzydła rozwinąć - ale jak?...
ref.:
W nieskończoności znika gdzieś;
Zamykam oczy, w myślach stawiam dom,
Pod słońcem tyle miejsca jest...
Sprzedajmy wszystko, co się sprzedać da -
Na bilet będzie i na chleb.
Niebieski pociąg niech wywiezie nas
Za osiem gór i osiem rzek.
Za horyzontem szczęście po ziemi mknie,
Za horyzontem tęcza lśni;
Będziemy w pościel białą zjeżdżać z niej
I kochać się jak jeszcze nikt...
Tagi:
perfect
Mój Janusz to taki sam świr jak ja.
Wiecie jak wyglądały moje zaręczyny?
Byłam po nocnej zmianie. Przyjechał do mnie prosto po pracy, cały w mące (jest piekarzem).
Siedziałam na narożniku w kuchni, pijąc kawę i paląc papierosa.
A on klęknął przede mną i powiedział: 'Zamknij oczy'.
Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam czerwone pudełeczko w kształcie serduszka, a w środku złoty, skromny pierścionek z malusieńkim oczkiem.
Omal nie zakrztusiłam się kawą - w ogóle się tego nie spodziewałam; myślałam, że zobaczę misia albo inna pierdołę, ale nigdy pierścionek !
'Nigdy się nie oświadczałem - powiedział, - nie wiem, jak to się robi, więc zgódź się od razu i będzie po problemie'.
'Ale ładny - wymamrotałam, oglądając pierścionek. - Prawdziwy?"
'No nie, kurwa, z odpustu' rzucił w odpowiedzi, po czym włożył mi go na palec.
Poszliśmy na piwo, w ramach uczczenia tej wzniosłej chwili, która wcale wzniosłą nie była; miała jednak ogromne znaczenie dla nas dwojga.
Nie padło żadne 'tak', nie było łez wzruszenia, lecz - mimo wszystko - coś się tamtego dnia zmieniło. Po (ponad) 3,5 roku naszego burzliwego związku, kiedy to na przemian przechodziliśmy różne załamania psychiczne, nareszcie oboje nabraliśmy przeświadczenia, że to coś poważnego - coś, z czym można wiązać nadzieje na przyszłość.
Nie planujemy ślubu. Nie mamy ku temu warunków; ja nie mogę opuścić brata, on ma podobną sytuację rodzinną... Nie ma takiej opcji, po prostu.
Jesteśmy ze sobą 4 lata. Cztery dłuuuuugie lata, podczas których przeszliśmy więcej niż nie jedno stare małżeństwo.
Wiecie jak wyglądały moje zaręczyny?
Byłam po nocnej zmianie. Przyjechał do mnie prosto po pracy, cały w mące (jest piekarzem).
Siedziałam na narożniku w kuchni, pijąc kawę i paląc papierosa.
A on klęknął przede mną i powiedział: 'Zamknij oczy'.
Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam czerwone pudełeczko w kształcie serduszka, a w środku złoty, skromny pierścionek z malusieńkim oczkiem.
Omal nie zakrztusiłam się kawą - w ogóle się tego nie spodziewałam; myślałam, że zobaczę misia albo inna pierdołę, ale nigdy pierścionek !
'Nigdy się nie oświadczałem - powiedział, - nie wiem, jak to się robi, więc zgódź się od razu i będzie po problemie'.
'Ale ładny - wymamrotałam, oglądając pierścionek. - Prawdziwy?"
'No nie, kurwa, z odpustu' rzucił w odpowiedzi, po czym włożył mi go na palec.
Poszliśmy na piwo, w ramach uczczenia tej wzniosłej chwili, która wcale wzniosłą nie była; miała jednak ogromne znaczenie dla nas dwojga.
Nie padło żadne 'tak', nie było łez wzruszenia, lecz - mimo wszystko - coś się tamtego dnia zmieniło. Po (ponad) 3,5 roku naszego burzliwego związku, kiedy to na przemian przechodziliśmy różne załamania psychiczne, nareszcie oboje nabraliśmy przeświadczenia, że to coś poważnego - coś, z czym można wiązać nadzieje na przyszłość.
Nie planujemy ślubu. Nie mamy ku temu warunków; ja nie mogę opuścić brata, on ma podobną sytuację rodzinną... Nie ma takiej opcji, po prostu.
Jesteśmy ze sobą 4 lata. Cztery dłuuuuugie lata, podczas których przeszliśmy więcej niż nie jedno stare małżeństwo.
Tagi:
przemyślenia
Heh, kiedy to było :)
Pamiętam, że całe pół roku zbierałam się, żeby zacząć pisać pracę na ustny egzamin dojrzałości z języka polskiego. W końcu stwierdziłam, że pisanie jej nie ma najmniejszego sensu, bo pewnie i tak nie będzie mi w ogóle w tym roku dana klasyfikacja (miałam straszne problemy z niemieckim, a właściwie z nauczycielką od niemieckiego, która przesadną sympatią do mnie nie pałała - jak zresztą do większości klasy, nie byłam wyjątkiem).
Kiedy okazało się, że jednak ja i moje koleżanki zdamy z tego cholernego niemieckiego, zostało jakieś dwa tygodnie do matury. Nie było jednak czasu pisać pracy, bo a to trzeba było oblać 'udany' rok szkolny, a to zakończenie roku szkolnego, a to pożegnanie z naszym liceum...
I w ten sposób upłynęły nam te ostatnie tygodnie; podobnie było po egzaminach pisemnych. Same powody do oblewania - najpierw 'na szczęście', bo przecież po pisemnych trzeba wypić, żeby były jak najlepiej zdane, a potem przed ustnymi, z tego samego powodu. Jak sobie to przypomnę, to ... ehhh...
W każdym razie w piątek przypomniało mi się, ze w TEN poniedziałek mam ustny z polskiego!!
Myślę sobie: Trudno; jeśli chodzi o język polski, nigdy nie miałam najmniejszych problemów. Kiedy trzeba było, potrafiłam być na tyle elokwentna i wygadana, że nawet gdy nie miałam bladego pojęcia o narzuconym temacie mojej wypowiedzi, potrafiłam jakoś wybrnąć z sytuacji.
Przemyślałam więc wybrany przez siebie tema pracy maturalnej, przeanalizowałam raz jeszcze wybrane do niego lektury, mniej więcej ułożyłam to, co chciałam powiedzieć, nagrałam na dyktafon, położyłam się i słuchałam (z postanowieniem, iż będę tego słuchać tak długo, aż wryje mi się w pamięć). Aż zasnęłam z dyktafonem przy uchu...
Koniec końców, poszłam na egzamin z zupełnie nie przygotowana praca.
Nie wiem jak, naprawdę nie pytajcie - zdałam na 100 procent.
:)
Pamiętam, że całe pół roku zbierałam się, żeby zacząć pisać pracę na ustny egzamin dojrzałości z języka polskiego. W końcu stwierdziłam, że pisanie jej nie ma najmniejszego sensu, bo pewnie i tak nie będzie mi w ogóle w tym roku dana klasyfikacja (miałam straszne problemy z niemieckim, a właściwie z nauczycielką od niemieckiego, która przesadną sympatią do mnie nie pałała - jak zresztą do większości klasy, nie byłam wyjątkiem).
Kiedy okazało się, że jednak ja i moje koleżanki zdamy z tego cholernego niemieckiego, zostało jakieś dwa tygodnie do matury. Nie było jednak czasu pisać pracy, bo a to trzeba było oblać 'udany' rok szkolny, a to zakończenie roku szkolnego, a to pożegnanie z naszym liceum...
I w ten sposób upłynęły nam te ostatnie tygodnie; podobnie było po egzaminach pisemnych. Same powody do oblewania - najpierw 'na szczęście', bo przecież po pisemnych trzeba wypić, żeby były jak najlepiej zdane, a potem przed ustnymi, z tego samego powodu. Jak sobie to przypomnę, to ... ehhh...
W każdym razie w piątek przypomniało mi się, ze w TEN poniedziałek mam ustny z polskiego!!
Myślę sobie: Trudno; jeśli chodzi o język polski, nigdy nie miałam najmniejszych problemów. Kiedy trzeba było, potrafiłam być na tyle elokwentna i wygadana, że nawet gdy nie miałam bladego pojęcia o narzuconym temacie mojej wypowiedzi, potrafiłam jakoś wybrnąć z sytuacji.
Przemyślałam więc wybrany przez siebie tema pracy maturalnej, przeanalizowałam raz jeszcze wybrane do niego lektury, mniej więcej ułożyłam to, co chciałam powiedzieć, nagrałam na dyktafon, położyłam się i słuchałam (z postanowieniem, iż będę tego słuchać tak długo, aż wryje mi się w pamięć). Aż zasnęłam z dyktafonem przy uchu...
Koniec końców, poszłam na egzamin z zupełnie nie przygotowana praca.
Nie wiem jak, naprawdę nie pytajcie - zdałam na 100 procent.
:)
Tagi:
matura
Jechałam dzisiaj autobusem.
Wszystkie miejsca były zajęte, głównie przez studentów wracających z uczelni.
Na jednym z przystanków wsiadły dwie babinki - takie po sześćdziesiątce, z wypakowanymi po brzegi torbami w ręku.
Odruchowo wstałam i, z właściwym sobie w takich sytuacjach słodkim uśmiechem, powiedziałam do pierwszej: Proszę, niech sobie pani uśiądzie.
Podziękowała, usiadła zadowolona.
Nikt, żaden z siedzących chłopców, w ogóle żadna z tych młodych, płaszczących dupska na siedzeniach osób, nie ustąpiła miejsca tej drugiej.
Powiedzcie mi, ludzie, kto was, kurwa, wychowywał?! Nikt was nie nauczył, że tak po prostu nie można?! Dlaczego ludzie nie umieją nikogo uszanować?
Wszystkie miejsca były zajęte, głównie przez studentów wracających z uczelni.
Na jednym z przystanków wsiadły dwie babinki - takie po sześćdziesiątce, z wypakowanymi po brzegi torbami w ręku.
Odruchowo wstałam i, z właściwym sobie w takich sytuacjach słodkim uśmiechem, powiedziałam do pierwszej: Proszę, niech sobie pani uśiądzie.
Podziękowała, usiadła zadowolona.
Nikt, żaden z siedzących chłopców, w ogóle żadna z tych młodych, płaszczących dupska na siedzeniach osób, nie ustąpiła miejsca tej drugiej.
Powiedzcie mi, ludzie, kto was, kurwa, wychowywał?! Nikt was nie nauczył, że tak po prostu nie można?! Dlaczego ludzie nie umieją nikogo uszanować?
Tagi:
trututu
Prostu po dwunastogodzinnej nocce poszłam do lekarza - do państwowej przychodni, załatwić sobie badania okresowe. To, jak nas tam potraktowali, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Jak już wspomniałam, byłam po pracy. wiecie; godzina 7.30 rano, ja - padnięta, głodna i śpiąca. Spotkałam w rejestracji kilka znajomych osób z mojego zakładu, którzy również przyszli w nadziei, że niezbędne zaświadczenia o zezwalającym na nasze warunki pracy stanie zdrowia załatwią szybko, sprawnie i od ręki.
Najpierw czekałam w kolejce do okulisty - cierpliwie, choć momentami chciało mi się płakać. Weszłam do gabinetu o 12.10 !!. Tyle godzin na poczekalni tylko po to, żeby pani lekarka obejrzała moje okulary, pomachała mi palcami przed nosem, żeby stwierdzić, że nie mam zeza i na koniec dodać to, co sama już dawno wiedziałam od swojego okulisty: nie ma żadnych przeciwwskazań do pracy przy komputerze, bla bla bla...
Powyższe wpisała w założoną dla mnie kartę i kazała udać się z nią z powrotem do rejestracji.
Tam stwierdzono, że muszę mieć także wyniki badań neurologa, do którego też musiałam się zarejestrować i grzecznie czekać ponad pół godziny na swoją kolejkę. Facet opukał mnie młoteczkiem po łokciach, potem po kolanach, namazał coś w mojej karcie i odesłał do rejestracji.
Tam, w dupę uprzejme, panie pielęgniarki zarejestrowały mnie do lekarza ogólnego, który miał na podstawie opinii okulisty, neurologa oraz swojej własnej jednoznacznie stwierdzić, iż naprawdę jestem w pełni sprawna i zdrowa, co zezwala na wykonywanie mojego zawodu. Wcześniej jeszcze zmierzyły mi ciśnienie, które okazało się zbyt wysokie (co nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na fakt, iż nie spałam trzydzieści godzin, a już prawie sześć spędziłam na tej pierdolonej poczekalni).
Do lekarza ogólnego (na szczęście!) nie było kolejki. Sympatyczne pan doktor przyjął mnie od ręki i nawet przychylił się do mojej prośby, aby mnie nie badać, tylko na słowo uwierzyć, że jestem zdrowa jak koń, bo mam już dość tego ośrodka, tych poczekalni i w ogóle wszystkiego.
Przychodnię opuściłam po godzinie trzynastej, a do domu dotarłam na piętnastą.
Szkoda gadać, ludzie, naprawdę.
Tagi:
życie
...
Wszyscy byliśmy wtedy lekko przyćpani, w pokoju unosiły się kłęby gęstego dymu i pachniało mandarynkami (a może tylko tak mi się wydawało).
Miał banię, i to konkretną. Położył mi rękę na udzie i powiedział: "Chodź, pokażę ci jaką mam fajną podsufitkę w aucie. Będziesz leżeć sobie na tylnym siedzeniu i ją oglądać, co ty na to?".
Przyznacie chyba, że zabrzmiało to cholernie głupio.
Może nie powinnam tego pisać, bo koleś nie żyje; jakieś pół roku później wkomponował się w drzewo tym właśnie autem, którego wnętrza nie chciałam podziwiać.
Nie pamiętam. co odpowiedziałam mu na ten kretyński tekst.
Potem dodał jeszcze: "Idziesz? Bo jak nie, to zmotam sobie inną koleżankę".
Parsknęłam śmiechem. 'Pójdę, rozbiorę się, a ty nie będziesz wiedział, co zrobić dalej i zawołasz mamę... Po co mi to?" odpowiedziałam.
Wkurwił się dopiero, kiedy chciał nalać mi wódki, a ja odmówiłam. "Pij, będziesz łatwiejsza" rzucił.
A ja, z właściwym sobie w takich sytuacjach sarkazmem, odparłam: "Ja już jestem łatwa, tylko ty jesteś cipa".
Zamurowało go. Podobno pierwszy raz chłopaki widzieli Rudego zbitego z tropu.
Więcej już go nigdy nie widziałam. Po prostu omijaliśmy się szerokim łukiem - nie bywałam na posiadówach, na których mogłam się spodziewać jego obecności. I odwrotnie.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Czemu to piszę?
Heh, dobre pytanie :D
Dzisiaj na przystanku widziałam właśnie dwóch takich wykurwieńców, którzy z podobnymi tekstami wyjeżdżali do czternasto-, może piętnastolatki. Nic dziwnego; chłopcy chcieli zaszpanować, powygłupiać się. Dziwiła mnie tylko reakcja tej dziewczynki: lolitka była wprost wniebowzięta. Z wypiekami na twarzy słuchała ich bełkotu, ciesząc się z rzucanych pod swoim adresem aluzji, których - moim zdaniem - interpretacja nie podlegała dyskusji; chłopcy mówili jej wprost: 'daj dupy, kurewko'.
A lolitka myślała pewnie, że to taki rodzaj podrywu...
Wszyscy byliśmy wtedy lekko przyćpani, w pokoju unosiły się kłęby gęstego dymu i pachniało mandarynkami (a może tylko tak mi się wydawało).
Miał banię, i to konkretną. Położył mi rękę na udzie i powiedział: "Chodź, pokażę ci jaką mam fajną podsufitkę w aucie. Będziesz leżeć sobie na tylnym siedzeniu i ją oglądać, co ty na to?".
Przyznacie chyba, że zabrzmiało to cholernie głupio.
Może nie powinnam tego pisać, bo koleś nie żyje; jakieś pół roku później wkomponował się w drzewo tym właśnie autem, którego wnętrza nie chciałam podziwiać.
Nie pamiętam. co odpowiedziałam mu na ten kretyński tekst.
Potem dodał jeszcze: "Idziesz? Bo jak nie, to zmotam sobie inną koleżankę".
Parsknęłam śmiechem. 'Pójdę, rozbiorę się, a ty nie będziesz wiedział, co zrobić dalej i zawołasz mamę... Po co mi to?" odpowiedziałam.
Wkurwił się dopiero, kiedy chciał nalać mi wódki, a ja odmówiłam. "Pij, będziesz łatwiejsza" rzucił.
A ja, z właściwym sobie w takich sytuacjach sarkazmem, odparłam: "Ja już jestem łatwa, tylko ty jesteś cipa".
Zamurowało go. Podobno pierwszy raz chłopaki widzieli Rudego zbitego z tropu.
Więcej już go nigdy nie widziałam. Po prostu omijaliśmy się szerokim łukiem - nie bywałam na posiadówach, na których mogłam się spodziewać jego obecności. I odwrotnie.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Czemu to piszę?
Heh, dobre pytanie :D
Dzisiaj na przystanku widziałam właśnie dwóch takich wykurwieńców, którzy z podobnymi tekstami wyjeżdżali do czternasto-, może piętnastolatki. Nic dziwnego; chłopcy chcieli zaszpanować, powygłupiać się. Dziwiła mnie tylko reakcja tej dziewczynki: lolitka była wprost wniebowzięta. Z wypiekami na twarzy słuchała ich bełkotu, ciesząc się z rzucanych pod swoim adresem aluzji, których - moim zdaniem - interpretacja nie podlegała dyskusji; chłopcy mówili jej wprost: 'daj dupy, kurewko'.
A lolitka myślała pewnie, że to taki rodzaj podrywu...
Tagi:
trututu
Wysiadłam z autobusu. Niemiłosiernie zmęczona po dwunastogodzinnej nocnej zmianie, zaspanym wzrokiem obrzuciłam przystanek.
Stała tam. W pierwszej chwili jej nie poznałam; ach, tak. W szkole była nieco szczuplejsza.
Generalnie niewiele się zmieniła - jak zawsze wyzywająco ubrana, mimo mrozu z nerkami na wierzchu, w butach o niebotycznie wysokich obcasach i grubą warstwą makijażu na twarzy.
- Cześć - rzuciłam na powitanie.
Uśmiechnęła się.
- Kopę lat - odpowiedziała.
Na jej twarzy ujrzałam coś dziwnego - zmęczenie? rezygnację?
Nie patrzyła już na mnie jak kiedyś - z wyższością i charakterystyczną sobie pewnością siebie.
- Opowiadaj, co u ciebie - zagaiłam.
- Ee... wiesz, stara bieda.
- A jak twoja malutka? - zapytałam, mając na myśli jej około półtoraroczną córeczkę.
- Rośnie jak na drożdżach - uśmiechnęła się z dumą.
Mój wzrok spełzł na sporym ubytku jej górnej szczęce; brakowało jej jedynki.
- Wiesz, wybiłam sobie jak były te mrozy - zaczęła nawijać zauważywszy moje zdziwione spojrzenie.
Mówiła strasznie szybko i nieskładnie, jakby... kłamała?
Przypomniałam sobie wtedy ten wieczór, kiedy ja, ona, ten jej Tobiasz i kilku innych znajomych byliśmy w barze w pewien czerwcowy weekend; kiedy to rozzłoszczony, Bóg jeden wie na co, złapał Monikę za włosy, pociągnął do tyłu, by następnie je puścić i całą siłą pchnąć wątłe ciało Moniki. Spadła z krzesła, przewracając przy okazji stolik.
Znałam Tobiasz dużo wcześniej niż ona. zawsze taki był - porywczy, gwałtowny, momentami wręcz niezrównoważony; bez powodu wszczynał awantury, lubił się bić, szczególnie na lekkim haju czy po paru piwach... Powiedzmy sobie wprost: pierdolnięty był, i to zdrowo. Ale Monia nie chciała słuchać, niestety...
Potem zaszła w ciążę, zamieszkała z nim, urodziła córcię.
Jakiś miesiąc później rozmawiałam z Tobiaszem.
- No, i jak wam się układa? - zapytałam, kierowana jak najlepszymi intencjami.
- Aaaa - w odpowiedzi machnął ręką. - Wiesz co, tylko się zajebać, nic więcej.
O nic już nie zapytałam.
Trzy, może cztery tygodnie później Monika przyszła do szkoły z zapuchniętym policzkiem, na którym wyraźnie rysował się świeży siniak. Opowiadała nam, jak to wieszała firankę i stolik, na którym stała, niespodziewanie się osunął. Wątpię, czy ktoś jej uwierzył...
Pomyślałam sobie wtedy, na przystanku, co tak naprawdę było przyczyną tego złamanego zęba?... Oblodzony chodnik czy... Tobiasz?
Stała tam. W pierwszej chwili jej nie poznałam; ach, tak. W szkole była nieco szczuplejsza.
Generalnie niewiele się zmieniła - jak zawsze wyzywająco ubrana, mimo mrozu z nerkami na wierzchu, w butach o niebotycznie wysokich obcasach i grubą warstwą makijażu na twarzy.
- Cześć - rzuciłam na powitanie.
Uśmiechnęła się.
- Kopę lat - odpowiedziała.
Na jej twarzy ujrzałam coś dziwnego - zmęczenie? rezygnację?
Nie patrzyła już na mnie jak kiedyś - z wyższością i charakterystyczną sobie pewnością siebie.
- Opowiadaj, co u ciebie - zagaiłam.
- Ee... wiesz, stara bieda.
- A jak twoja malutka? - zapytałam, mając na myśli jej około półtoraroczną córeczkę.
- Rośnie jak na drożdżach - uśmiechnęła się z dumą.
Mój wzrok spełzł na sporym ubytku jej górnej szczęce; brakowało jej jedynki.
- Wiesz, wybiłam sobie jak były te mrozy - zaczęła nawijać zauważywszy moje zdziwione spojrzenie.
Mówiła strasznie szybko i nieskładnie, jakby... kłamała?
Przypomniałam sobie wtedy ten wieczór, kiedy ja, ona, ten jej Tobiasz i kilku innych znajomych byliśmy w barze w pewien czerwcowy weekend; kiedy to rozzłoszczony, Bóg jeden wie na co, złapał Monikę za włosy, pociągnął do tyłu, by następnie je puścić i całą siłą pchnąć wątłe ciało Moniki. Spadła z krzesła, przewracając przy okazji stolik.
Znałam Tobiasz dużo wcześniej niż ona. zawsze taki był - porywczy, gwałtowny, momentami wręcz niezrównoważony; bez powodu wszczynał awantury, lubił się bić, szczególnie na lekkim haju czy po paru piwach... Powiedzmy sobie wprost: pierdolnięty był, i to zdrowo. Ale Monia nie chciała słuchać, niestety...
Potem zaszła w ciążę, zamieszkała z nim, urodziła córcię.
Jakiś miesiąc później rozmawiałam z Tobiaszem.
- No, i jak wam się układa? - zapytałam, kierowana jak najlepszymi intencjami.
- Aaaa - w odpowiedzi machnął ręką. - Wiesz co, tylko się zajebać, nic więcej.
O nic już nie zapytałam.
Trzy, może cztery tygodnie później Monika przyszła do szkoły z zapuchniętym policzkiem, na którym wyraźnie rysował się świeży siniak. Opowiadała nam, jak to wieszała firankę i stolik, na którym stała, niespodziewanie się osunął. Wątpię, czy ktoś jej uwierzył...
Pomyślałam sobie wtedy, na przystanku, co tak naprawdę było przyczyną tego złamanego zęba?... Oblodzony chodnik czy... Tobiasz?
Tagi:
życie
Po raz kolejny dorwała mnie ta moja przykra przypadłość, niemal poetycko nazwana lęki obsesyjno - kompulsyjne... Z tego powodu, nie potrafiąc ruszyć dupska, żeby zrobić coś konkretnego, gapię się bez sensu przez cały dzień w zimne ślepia monitora, wylewając tu potoki słów - w nadziei, że może odsłona bolączek choć trochę je złagodzi.
Jeśli ktoś to czyta - szczerze podziwiam :D
Jeśli ktoś to czyta - szczerze podziwiam :D
Tagi:
echhh...
Sex jest jak NOKIA - connecting people, jak PEPSI - ask for more, jak NIKE - just do it, jak SAMSUNG - everyone is invited... a DZIEWICE SĄ JAK IDEA - poza zasięgiem...
Pruderia jest passe, a o seksoholiźmie mówi się co raz głośniej. Seks jest wszędzie - na bilbordach, w telewizji, każdy teledysk wprost ocieka seksem... Wydaje mi się, że przybiera to już rozmiary swoistej paranoi... Seks staje się najlepsza reklama wszystkiego - od piwa, poprzez rozgłośnie radiowe i muzyczne, aż po produkty żywnościowe i napoje.
Wchodząc na czat (czego - przyznam się - po kilku wejściach zaprzestałam), trzeba się od razu liczyć, ze zaprosi cię na tzw. priv jakiś napaleniec, który zaproponuje niezobowiązujące spotkanko.
O niezbyt lubianych dziewczynach mówi się "cnotka-niewydymka" albo "dziwka", w zależności, jaki sposób bycia ma dana osoba.
Kurwa, dlaczego?
Pruderia jest passe, a o seksoholiźmie mówi się co raz głośniej. Seks jest wszędzie - na bilbordach, w telewizji, każdy teledysk wprost ocieka seksem... Wydaje mi się, że przybiera to już rozmiary swoistej paranoi... Seks staje się najlepsza reklama wszystkiego - od piwa, poprzez rozgłośnie radiowe i muzyczne, aż po produkty żywnościowe i napoje.
Wchodząc na czat (czego - przyznam się - po kilku wejściach zaprzestałam), trzeba się od razu liczyć, ze zaprosi cię na tzw. priv jakiś napaleniec, który zaproponuje niezobowiązujące spotkanko.
O niezbyt lubianych dziewczynach mówi się "cnotka-niewydymka" albo "dziwka", w zależności, jaki sposób bycia ma dana osoba.
Kurwa, dlaczego?
Tagi:
trututu
Wielu z Was na pewno to zna; dwunastogodzinne dniówki w pracy, która nie daje może satysfakcji, ale daje jako takie pieniądze; padamy na twarz, a pod koniec miesiąca bierzemy marne tysiąc złotych wypłaty, które wystarcza na podstawowe wydatki i niewielkie przyjemności. Zapomnijmy o wakacjach na Majorce. Zapomnijmy o nowym samochodzie. Po prostu nas nie stać. Bo jesteśmy zbyt uczciwi...
Pomyślcie; politycy. Kradną zupełnie jawnie, nakładając na nas coraz większe podatki, każąc pracować nam do niemal 70 roku życia, a sami wożą dupska wozami, które kupili za nasze pieniądze, a na które my możemy jedynie zazdrośnie popatrzeć na ulicy. I wszyscy wiedzą, jakie to cholernie niesprawiedliwie, jednak mamy związane ręce. Nie możemy zrobić z tym bezprawiem zupełnie nic. Przyglądamy się jedynie seksaferom, aferom korupcyjnym, konfliktom prezydenta i premiera, w milczeniu przeżuwając żółć, która zalewa nas na ich widok.
Są bogaci. Mają k(l)asę. Dlaczego? Bo dorobili się na naszej krzywdzie. Bo cały ich majątek to są nasze pieniądze. Bo nie zarobili ich uczciwie.
Idźmy dalej; gwiazdy. Showmani, którzy zbili swoje fortuny własną gębą nie schodząca z pierwszych stron gazet - wykreowaną przez siebie postacią, która ma za zadanie stać się bohaterem wielu skandali, za wszelką cenę. Chodzi tylko o rozgłos.
Można uchodzić za kretyna, za dziwkę, za cokolwiek, byle o mnie mówiono. Można nakręcić teledysk, w którym prawie się pieprzę ze swoim narzeczonym. Albo wystąpić bez majtek - będzie skandal. Fajnie też poopowiadać w jakimś programie, że uprawiałam seks w ubikacji i dumnie zaprezentować tatuaż na cipce - upsss... pardon. Wiecie o kogo chodzi, prawda?
Pomijając polskie gwiazdy, na zachodzie jest jeszcze gorzej; weźmy taka Madonnę, która za wszelka cenę stara się być kontrowersyjną. Albo Lady Gagę, która dla kasy może wam nawet opowiedzieć o swojej waginie...
Sami widzicie, kochani - jak się nie zeszmacisz, to się nie wzbogacisz.
Pomyślcie; politycy. Kradną zupełnie jawnie, nakładając na nas coraz większe podatki, każąc pracować nam do niemal 70 roku życia, a sami wożą dupska wozami, które kupili za nasze pieniądze, a na które my możemy jedynie zazdrośnie popatrzeć na ulicy. I wszyscy wiedzą, jakie to cholernie niesprawiedliwie, jednak mamy związane ręce. Nie możemy zrobić z tym bezprawiem zupełnie nic. Przyglądamy się jedynie seksaferom, aferom korupcyjnym, konfliktom prezydenta i premiera, w milczeniu przeżuwając żółć, która zalewa nas na ich widok.
Są bogaci. Mają k(l)asę. Dlaczego? Bo dorobili się na naszej krzywdzie. Bo cały ich majątek to są nasze pieniądze. Bo nie zarobili ich uczciwie.
Idźmy dalej; gwiazdy. Showmani, którzy zbili swoje fortuny własną gębą nie schodząca z pierwszych stron gazet - wykreowaną przez siebie postacią, która ma za zadanie stać się bohaterem wielu skandali, za wszelką cenę. Chodzi tylko o rozgłos.
Można uchodzić za kretyna, za dziwkę, za cokolwiek, byle o mnie mówiono. Można nakręcić teledysk, w którym prawie się pieprzę ze swoim narzeczonym. Albo wystąpić bez majtek - będzie skandal. Fajnie też poopowiadać w jakimś programie, że uprawiałam seks w ubikacji i dumnie zaprezentować tatuaż na cipce - upsss... pardon. Wiecie o kogo chodzi, prawda?
Pomijając polskie gwiazdy, na zachodzie jest jeszcze gorzej; weźmy taka Madonnę, która za wszelka cenę stara się być kontrowersyjną. Albo Lady Gagę, która dla kasy może wam nawet opowiedzieć o swojej waginie...
Sami widzicie, kochani - jak się nie zeszmacisz, to się nie wzbogacisz.
Tagi:
PRZEMYŚLENIA
Wróciłam z pracy - głodna, niemiłosiernie zmęczona i zmarznięta.
Jeść mi się odechciało zaraz po wejściu do domu, kiedy wdepnęłam w czyjeś rzygi.
Zmęczenie też jakoś przeszło - wiecie, kiedy nerwowo przekopywałam wszystkie szafki, szafeczki, szuflady i półki w poszukiwaniu kolejnych butelek. Znalazłam. Kilka pełnych, jeszcze nie otwartych, kilka już opróżnionych, kilka napoczętych i porzuconych, bo pewnie 'ktoś' o nich zapomniał i pootwierał kolejne.
Znalazło się też kilka puszek - pustych (lub pełnych; jak kto woli) do połowy, kilka zgniecionych, kilka ukrytych gdzieś w koszu na bieliznę czy przykrytych starym płaszczem w kotłowni...
W domu jest zimno; nie paliło się cały dzień. Przed szóstą rano wyszłam do pracy, nie było mnie do tej pory. Nie miał kto napalić w piecu (starych grzała wóda, więc za pewne nie widzieli takiej potrzeby), w zlewie piętrzy się taaaaaaaka góra brudnych garów, podłoga w kuchni jest zalana czymś dziwnym lepkim, pachnącym pomarańczami (śmiem wnosić, iż jest to napój) a ja nie mam siły ani ochoty, żeby to wszystko jakoś ogarnąć.
Zabarykadowałam się w pokoju, w samotności trawiąc swój żal, smutek i poczucie niesprawiedliwości. Przeżuwam każda linijkę tego tekstu, po czym miarowym klikaniem wyrzucam na monitor, abyście kiedyś przeczytali o mojej beznadziei i pomyśleli: Kretynka.
Mój brat zadzwonił do mnie w południe i powiedział, że w domu jest zimno, mama i tata są pijani i się kłócą, a on nic nie jadł, bo w domu nie ma nawet chleba.
Kacper ma 6 lat. Płakał dzisiaj pół dnia, dopóki mój chłopak nie wrócił z pracy i nie zabrał go z tego pierdolnika, z tej pijackiej meliny do siebie do domu.
Rodzice piją od soboty. To jest cztery dni. A ja rozdwajam się między pracą a bratem, próbując się chronić go, kiedy jestem i kiedy mnie nie ma.
A sama czuję się co raz gorzej. Mam wrażenie, że efekty mojego kilkuletniego leczenia psychiatrycznego teraz biorą w dupę... Że po prostu - po raz kolejny - sytuacja na tyle mnie przerasta, iż pewnego dnia znów nie będę w stanie podnieść się rano z łóżka, a całe moje dnie na nowo wypełni tępe gapienie się w ścianę, bo w już nawet łez mi zabraknie; tak, jak wtedy - dawno, dawno temu...
Tylko co się wtedy stanie z moim Kacprem?...
Jeść mi się odechciało zaraz po wejściu do domu, kiedy wdepnęłam w czyjeś rzygi.
Zmęczenie też jakoś przeszło - wiecie, kiedy nerwowo przekopywałam wszystkie szafki, szafeczki, szuflady i półki w poszukiwaniu kolejnych butelek. Znalazłam. Kilka pełnych, jeszcze nie otwartych, kilka już opróżnionych, kilka napoczętych i porzuconych, bo pewnie 'ktoś' o nich zapomniał i pootwierał kolejne.
Znalazło się też kilka puszek - pustych (lub pełnych; jak kto woli) do połowy, kilka zgniecionych, kilka ukrytych gdzieś w koszu na bieliznę czy przykrytych starym płaszczem w kotłowni...
W domu jest zimno; nie paliło się cały dzień. Przed szóstą rano wyszłam do pracy, nie było mnie do tej pory. Nie miał kto napalić w piecu (starych grzała wóda, więc za pewne nie widzieli takiej potrzeby), w zlewie piętrzy się taaaaaaaka góra brudnych garów, podłoga w kuchni jest zalana czymś dziwnym lepkim, pachnącym pomarańczami (śmiem wnosić, iż jest to napój) a ja nie mam siły ani ochoty, żeby to wszystko jakoś ogarnąć.
Zabarykadowałam się w pokoju, w samotności trawiąc swój żal, smutek i poczucie niesprawiedliwości. Przeżuwam każda linijkę tego tekstu, po czym miarowym klikaniem wyrzucam na monitor, abyście kiedyś przeczytali o mojej beznadziei i pomyśleli: Kretynka.
Mój brat zadzwonił do mnie w południe i powiedział, że w domu jest zimno, mama i tata są pijani i się kłócą, a on nic nie jadł, bo w domu nie ma nawet chleba.
Kacper ma 6 lat. Płakał dzisiaj pół dnia, dopóki mój chłopak nie wrócił z pracy i nie zabrał go z tego pierdolnika, z tej pijackiej meliny do siebie do domu.
Rodzice piją od soboty. To jest cztery dni. A ja rozdwajam się między pracą a bratem, próbując się chronić go, kiedy jestem i kiedy mnie nie ma.
A sama czuję się co raz gorzej. Mam wrażenie, że efekty mojego kilkuletniego leczenia psychiatrycznego teraz biorą w dupę... Że po prostu - po raz kolejny - sytuacja na tyle mnie przerasta, iż pewnego dnia znów nie będę w stanie podnieść się rano z łóżka, a całe moje dnie na nowo wypełni tępe gapienie się w ścianę, bo w już nawet łez mi zabraknie; tak, jak wtedy - dawno, dawno temu...
Tylko co się wtedy stanie z moim Kacprem?...
Tagi:
życie
Jeszcze niedawno nie pochwalałam 'ekshibicjonistów emocjonalnych' - jak nazywałam blogowiczów, wypisujących na swoich blogach najskrytsze sekrety.
A jednak.... Dzisiaj poczułam ogromną potrzebą podzielenie się z kimkolwiek tym, co mnie gryzie...
Pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej; moi rodzice nadużywali alkoholu. Od zawsze. Ostatnio do tego stopnia, że matkę chciano dyscyplinarnie zwolnić z pracy, a na nas ( na mnie i mojego sześcioletniego brata ) ludzie patrzyli na ulicy niemalże z politowaniem.
Powiedziałam: dość. Wiem, że może tak się nie robi, bo to w końcu rodzice, ale... zawiadomiłam o problemie opiekę społeczną.
Przyznaję, bez większych nadziei. Ale poskutkowało!! Matka nie piła od listopada ubiegłego roku.
Aż do minionej soboty...
Teraz pije trzeci dzień.
Nie chodzi do pracy, nie gotuje obiadów, nie sprząta, nie myje się ani nie czesze.
Wstaje rano - jeszcze pijana, jedzie do sklepu po kolejne zaopatrzenie, pije, dopóki jest w stanie podnieść do ust butelkę, aż w końcu zasypia.
Gdy wstaje, znów chwyta butelkę i... resztę pewnie potraficie dopowiedzieć sobie sami.
Mój brat ma 6 lat. Jest mi naprawdę ciężko... Sama pracuję i nie mogę być 24h w domu, żeby go pilnować...
Pewnie niewiele Was to interesuje... Ale może ktoś przeczyta, skomentuje, choć trochę podniesie na duchu...
Słyszeliście może piosenkę trzeciego Wymiaru "Teraz śpij" ? Mogę Wam powiedzieć, że jest jak najbardziej autentyczna; kiedy ma się rodziców alkoholików, smród gorzały wyczuwa się na kilometr. Wchodzi się do domu i aż człowieka odpycha ten okropny odór, który przecież towarzyszy nam całe życie, od samego niemal początku i prawie cały czas.
Gdy wraca się ze szkoły, im bliżej jest się własnych drzwi, tym bardziej zaczyna się bać i czuć organiczny wstręt do rodziny, swojego mieszkania, do samego siebie.
Wie ktoś z Was, jak to jest, kiedy siedząc w szkole czy pracy, myśli się tylko o jednym: co zastanę po powrocie do własnego domu? kolejną flaszkę na stole? kolejną awanturę? znów trzeba będzie wzywać policję - ze strach o siebie i swojego brata, który przecież jest jeszcze mały, niewiele rozumie i pewnie boi się tego wszystkiego jeszcze bardziej niż ja?...
W wakacje matka rzuciła się na mnie i - jak w amoku - zaczęła okładać mnie pięściami, gdzie popadnie. Zadzwoniłam po policję. Przyjechali, popatrzyli po kątach, wzruszyli ramionami...
- Szkoda dziecka - powiedzieli.
- No pewnie, że szkoda jak mieszka z takim pojebańcem - krzyknęła matka, ruchem głowy wskazując na moją (wstrząsaną spazmami płaczu) wątłą sylwetkę.
- Przecież ona jest napierdolona, że ledwo stoi - wybełkotała.
Zawsze, kiedy się wstawiła, twierdziła, ze jestem naćpana albo najebana.
Policjant spojrzał na mnie niepewnie.
- Jeśli pani jest pijana - powiedział - musimy zabrać dziecko.
Podał mi alkomat.
Spojrzałam wtedy na matkę - ledwie mówiła. A ja, całkiem trzeźwa, musiałam dmuchać!!
Urządzenie wykazało - oczywiście - 0.00 promila, psy podziękowały i poszły, jakby nigdy nic.
A ja zostałam.
Co się stało po ich wyjściu? Norma. Dostałam z w twarz, aż mi głowa odskoczyła. i Krzyknęła:
- Powieszę się, przez ciebie się powieszę, ty suko!
Zawsze tak mówi.
Lubi jeszcze wrzasnąć: "Zniszczę cię szmato" albo "Żebyś zdechła".
Może Was to zdziwi, ale nie robi to na mnie zbyt dużego wrażenia. Może sobie krzyczeć, poniżać mnie, wyzywać, byle tylko nie biła...
A jednak.... Dzisiaj poczułam ogromną potrzebą podzielenie się z kimkolwiek tym, co mnie gryzie...
Pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej; moi rodzice nadużywali alkoholu. Od zawsze. Ostatnio do tego stopnia, że matkę chciano dyscyplinarnie zwolnić z pracy, a na nas ( na mnie i mojego sześcioletniego brata ) ludzie patrzyli na ulicy niemalże z politowaniem.
Powiedziałam: dość. Wiem, że może tak się nie robi, bo to w końcu rodzice, ale... zawiadomiłam o problemie opiekę społeczną.
Przyznaję, bez większych nadziei. Ale poskutkowało!! Matka nie piła od listopada ubiegłego roku.
Aż do minionej soboty...
Teraz pije trzeci dzień.
Nie chodzi do pracy, nie gotuje obiadów, nie sprząta, nie myje się ani nie czesze.
Wstaje rano - jeszcze pijana, jedzie do sklepu po kolejne zaopatrzenie, pije, dopóki jest w stanie podnieść do ust butelkę, aż w końcu zasypia.
Gdy wstaje, znów chwyta butelkę i... resztę pewnie potraficie dopowiedzieć sobie sami.
Mój brat ma 6 lat. Jest mi naprawdę ciężko... Sama pracuję i nie mogę być 24h w domu, żeby go pilnować...
Pewnie niewiele Was to interesuje... Ale może ktoś przeczyta, skomentuje, choć trochę podniesie na duchu...
Słyszeliście może piosenkę trzeciego Wymiaru "Teraz śpij" ? Mogę Wam powiedzieć, że jest jak najbardziej autentyczna; kiedy ma się rodziców alkoholików, smród gorzały wyczuwa się na kilometr. Wchodzi się do domu i aż człowieka odpycha ten okropny odór, który przecież towarzyszy nam całe życie, od samego niemal początku i prawie cały czas.
Gdy wraca się ze szkoły, im bliżej jest się własnych drzwi, tym bardziej zaczyna się bać i czuć organiczny wstręt do rodziny, swojego mieszkania, do samego siebie.
Wie ktoś z Was, jak to jest, kiedy siedząc w szkole czy pracy, myśli się tylko o jednym: co zastanę po powrocie do własnego domu? kolejną flaszkę na stole? kolejną awanturę? znów trzeba będzie wzywać policję - ze strach o siebie i swojego brata, który przecież jest jeszcze mały, niewiele rozumie i pewnie boi się tego wszystkiego jeszcze bardziej niż ja?...
W wakacje matka rzuciła się na mnie i - jak w amoku - zaczęła okładać mnie pięściami, gdzie popadnie. Zadzwoniłam po policję. Przyjechali, popatrzyli po kątach, wzruszyli ramionami...
- Szkoda dziecka - powiedzieli.
- No pewnie, że szkoda jak mieszka z takim pojebańcem - krzyknęła matka, ruchem głowy wskazując na moją (wstrząsaną spazmami płaczu) wątłą sylwetkę.
- Przecież ona jest napierdolona, że ledwo stoi - wybełkotała.
Zawsze, kiedy się wstawiła, twierdziła, ze jestem naćpana albo najebana.
Policjant spojrzał na mnie niepewnie.
- Jeśli pani jest pijana - powiedział - musimy zabrać dziecko.
Podał mi alkomat.
Spojrzałam wtedy na matkę - ledwie mówiła. A ja, całkiem trzeźwa, musiałam dmuchać!!
Urządzenie wykazało - oczywiście - 0.00 promila, psy podziękowały i poszły, jakby nigdy nic.
A ja zostałam.
Co się stało po ich wyjściu? Norma. Dostałam z w twarz, aż mi głowa odskoczyła. i Krzyknęła:
- Powieszę się, przez ciebie się powieszę, ty suko!
Zawsze tak mówi.
Lubi jeszcze wrzasnąć: "Zniszczę cię szmato" albo "Żebyś zdechła".
Może Was to zdziwi, ale nie robi to na mnie zbyt dużego wrażenia. Może sobie krzyczeć, poniżać mnie, wyzywać, byle tylko nie biła...
Tagi:
życie
- Czym się różni blondynka od żarówki??
- Żarówka ciągnie napięcie, a blondynka na kolanach :)
* * * * * * * * * * * * * *
Przyszedł facet do burdelu. Walił całą noc.
Ale nikt mu nie otworzył...
* * * * * * * * * * * * * *
Dwóch wariatów bawiło się małymi kotkami. Nagle zapomnieli, który był czyj.
- Ty, słuchaj, mam pomysł - mówi jeden z nich. - Obetniemy im ogonki, to nam się nie będą mylić.
Kolega się zgodził, obcięli kotom ogonki i bawią się dalij.
W pewnym momencie znów się pomylili.
- To obetnijmy im jeszcze uszka - zaproponował drugi.
Obcięli uszka, ale i to nie pomogło - znowu im się koty pomyliły.
- To jeszcze łapki im obetnijmy - rzucił znowu wariat.
Obcięli, bawią się dalej i nagle jeden woła:
- Ty, mam lepszy pomysł: mój będzie ten czarny, a twój biały.
* * * * * * * * * * * * * * *
Słonko świecie, miesiąc maj,
Jaś do Kasi mówi: daj.
Kasia mówi: bierz, co chcesz;
Słonko zaszło - Kasia też. ;))
* * * * * * * * * * * * * *
Raz do rzeźni rzeczki brzegiem
Sześć prosiątek szło szeregiem;
Z drugiej strony szło dziewczęcie
I - o dziwo - też na rżnięcie.
- Żarówka ciągnie napięcie, a blondynka na kolanach :)
* * * * * * * * * * * * * *
Przyszedł facet do burdelu. Walił całą noc.
Ale nikt mu nie otworzył...
* * * * * * * * * * * * * *
Dwóch wariatów bawiło się małymi kotkami. Nagle zapomnieli, który był czyj.
- Ty, słuchaj, mam pomysł - mówi jeden z nich. - Obetniemy im ogonki, to nam się nie będą mylić.
Kolega się zgodził, obcięli kotom ogonki i bawią się dalij.
W pewnym momencie znów się pomylili.
- To obetnijmy im jeszcze uszka - zaproponował drugi.
Obcięli uszka, ale i to nie pomogło - znowu im się koty pomyliły.
- To jeszcze łapki im obetnijmy - rzucił znowu wariat.
Obcięli, bawią się dalej i nagle jeden woła:
- Ty, mam lepszy pomysł: mój będzie ten czarny, a twój biały.
* * * * * * * * * * * * * * *
Słonko świecie, miesiąc maj,
Jaś do Kasi mówi: daj.
Kasia mówi: bierz, co chcesz;
Słonko zaszło - Kasia też. ;))
* * * * * * * * * * * * * *
Raz do rzeźni rzeczki brzegiem
Sześć prosiątek szło szeregiem;
Z drugiej strony szło dziewczęcie
I - o dziwo - też na rżnięcie.
Tagi:
humor
Idzie Czerwony Kapturek przez las. Nagle zza drzewa wyskakuje wilk i mówi:
- Haaaa, Czerwony Kapturku, a teraz cię złapię i pocałuję tam, gdzie cię jeszcze nikt nigdy nie całował.
A Czerwony Kapturek na to:
- Taaa, ku**a, chyba w koszyczek ;)
- Haaaa, Czerwony Kapturku, a teraz cię złapię i pocałuję tam, gdzie cię jeszcze nikt nigdy nie całował.
A Czerwony Kapturek na to:
- Taaa, ku**a, chyba w koszyczek ;)
Tagi:
humor
Kiedy chodziłam do liceum, wydawało mi się, że kontakt z kumpelami, z którymi spędziłam trzy długie lata, nigdy się nie urwie; "Będziemy się odwiedzać - mówiłyśmy. - Będziemy dzwonić, pisać smsy, umawiać się na piwo gdzieś na mieście".
Ale każda z nas poszła - jak to zwykle bywa - w swoją stronę; do pracy, na studia, jedna wyszła za mąż... Nie mamy czasu na wspólne, niegdyś tak częste, wypady na browara, a często nawet i chęci, żeby w ogóle na niego iść.
Spotykamy się, oczywiście. Ale na 'naszej-klasie', na 'facebooku', na 'gg'... Przyjaźń, tak jak sobie obiecałyśmy, przetrwała. Tyle, że przez te kilka miesięcy ewoluowała z realnej w wirtualną, internetową, a piwo, które wtedy spożywało się w doborowym towarzystwie, zastępują teraz emotki z kufelkiem...
Do czego zmierzam - to przykre, że prościej jest nam żyć w wirtualnej społeczności, gdzie zamiast w oczy patrzy się w monitor komputera. Przykre, że wolimy poświęcić czas siedząc na tym cholernym facebooku czy innym internetowym tworze, niż ubrać się, wyjść z domu i pogadać normalnie, jak kiedyś...
Ale każda z nas poszła - jak to zwykle bywa - w swoją stronę; do pracy, na studia, jedna wyszła za mąż... Nie mamy czasu na wspólne, niegdyś tak częste, wypady na browara, a często nawet i chęci, żeby w ogóle na niego iść.
Spotykamy się, oczywiście. Ale na 'naszej-klasie', na 'facebooku', na 'gg'... Przyjaźń, tak jak sobie obiecałyśmy, przetrwała. Tyle, że przez te kilka miesięcy ewoluowała z realnej w wirtualną, internetową, a piwo, które wtedy spożywało się w doborowym towarzystwie, zastępują teraz emotki z kufelkiem...
Do czego zmierzam - to przykre, że prościej jest nam żyć w wirtualnej społeczności, gdzie zamiast w oczy patrzy się w monitor komputera. Przykre, że wolimy poświęcić czas siedząc na tym cholernym facebooku czy innym internetowym tworze, niż ubrać się, wyjść z domu i pogadać normalnie, jak kiedyś...
Tagi:
Przemyślenia
Zawsze zastanawiało mnie, po co ludzie piszą blogi; przeczytawszy kilka z nich, odniosłam wrażenie, że ich autorzy ocierają się o ekshibicjonizm emocjonalny - upubliczniają swoje najskrytsze marzenia, najbardziej intymne przeżycia, pozawalają na komentowanie swoich jak najbardziej prywatnych wspomnień...
A dzisiaj ja, ta, która jeszcze niedawno twierdziła, ze blog to cienka namiastka pamiętnika, nowy twór internetu, przyciągający rzeszę ludzi nie mających co robić z wolnym czasem, założyłam swojego własnego. Cóż, podobno tylko krowa nie zmienia zdania :)
Po prostu chciałabym podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami, refleksjami, zobaczyć, czy macie podobne zdanie, czy zgadzacie się ze mną - o ile będziecie chcieli czytać to, co tu spłodzę, oczywiście :)
Tyle na początek.
Miło byłoby dodać jeszcze kilka słów o autorce powyższego tekstu ;)
Jestem Sylwia, mam 20 lat. Ukończyłam liceum ogólnokształcące, zdałam maturę i... nie wiedząc, jakiemu kierunkowi na wyższej uczelni chciałabym poświęcić najbliższe lata swojego życia, podjęłam pracę na zarobkową, której - może bez większej satysfakcji, ale w końcu coś robić trzeba - oddaję się po dziś dzień (nadal niczego nie studiując, ponieważ w natłoku zajęć na naukę zabrakło już po prostu czasu i chęci).
Mam nadzieję, że poprzez ten blog uda mi się spotkać ciekawych ludzi.
Całuski :)
A dzisiaj ja, ta, która jeszcze niedawno twierdziła, ze blog to cienka namiastka pamiętnika, nowy twór internetu, przyciągający rzeszę ludzi nie mających co robić z wolnym czasem, założyłam swojego własnego. Cóż, podobno tylko krowa nie zmienia zdania :)
Po prostu chciałabym podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami, refleksjami, zobaczyć, czy macie podobne zdanie, czy zgadzacie się ze mną - o ile będziecie chcieli czytać to, co tu spłodzę, oczywiście :)
Tyle na początek.
Miło byłoby dodać jeszcze kilka słów o autorce powyższego tekstu ;)
Jestem Sylwia, mam 20 lat. Ukończyłam liceum ogólnokształcące, zdałam maturę i... nie wiedząc, jakiemu kierunkowi na wyższej uczelni chciałabym poświęcić najbliższe lata swojego życia, podjęłam pracę na zarobkową, której - może bez większej satysfakcji, ale w końcu coś robić trzeba - oddaję się po dziś dzień (nadal niczego nie studiując, ponieważ w natłoku zajęć na naukę zabrakło już po prostu czasu i chęci).
Mam nadzieję, że poprzez ten blog uda mi się spotkać ciekawych ludzi.
Całuski :)
Tagi:
PRZEMYŚLENIA


